Aż muszę tego posta skrobnąć, bo się działo :)
Pomijając pewne zawirowania mojej koleżanki ;) (pozdrowienia, Aniu :P) wczoraj się dowiedziałam, że obrona o 11, ale żeby przyjść o 10.
Grzeję z trzema bukietami kwiatów koło rektoratu i z daleka kłania mi się gość i życzy wszystkiego najlepszego z okazji imienin. Śmieję się, mówię, że to nie imieniny, tylko obrona.
- A! To zda pani!
Ok, wchodzę na wydział, winda pod dziekanat, przychodzi po chwili Ania, że ona się broni ze mną.
Właśnie, obrona o 11.
O 10.40 przychodzi recenzent, że on idzie po naszego promotora. Wraca z nim po chwili.
Najpierw Ania. Wychodzi, śmieje się, mówi, że mam wejść.
Wchodzę i zostałam wyproszona :P Okazało się, że jednak na zawołanie trzeba czekać :P Chwilka, momencik i wchodzę.
Dwa pytania od profesora, z tym jedno "czy uważam podobnie jak prof. Stefański (autor jednej z książek na podstawie których pisałam mgr) powinno znieść się obronę obligatoryjną?". Nie mogli mi przerwać :P (moje zdanie w największym uproszczeniu: nie).
Potem jedno pytane od recenzenta, za drzwi, chwilę czekamy.
O 11.01 dzwoniłam do domu, że mają córkę-magistra :)
A obrona miała być o 11...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólnie. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 lipca 2013
sobota, 29 czerwca 2013
Prezenty od Biżuteryjek
Obiecałam w poprzednim poście, że mój kolejny będzie o szczęściu, jakie mnie spotkało po wypadku.
Zacznijmy jednak od początku.
Na fb była organizowana wymianka biżuteryjna. Zgłosiłam się i... jak to zwykle u mnie bywa odkładałam prezencik na sam koniec. Bo a to sprawy w kole naukowym, a to pisanie magisterki itd. Miałam więc ambitny plan, że 14 maja złożę gotową pracę magisterską, a potem do 23 maja (czyli ostatecznego terminu wysyłki) zrobię swój prezencik. Projekt, materiały, wszystko miałam. Nie przewidziałam jednak wypadku :(
Zadzwoniłam do organizatorki, powiedziałam, jaka sytuacja i obiecałam, że jak tylko wrócę do zdrowia, to zaległości nadrobię.
Pewnego dnia rano dzwoni do mnie nieznany numer. Nie zdążyłam dojść do telefonu, ale już pełna paranoja- a co jeśli kierująca samochodem chce się ze mną skontaktować? No nic, puściłam strzałkę, po chwili telefon.
- Dzień dobry, kurier firmy takiej i takiej. Mam dla pani przesyłkę.
Zagowzdka. Przesyłka? Jaka przesyłka. Minęło prawie 3 tygodnie od wypadku, przez które na 100% nic nie zamawiałam. Zwłaszcza kurierem.
- Ale ja nic nie zamawiałam- bąknęłam zbita z tropu.
- Już pani mówię co to jest- słyszę jak grzebie w paczkach.- Frima Artsus.
Ścięło mnie.
No nic, poszłam odnieść książki do biblioteki, wróciłam, mimo upływu 3 tygodni dalej wszystko mnie boli, gips przeszkadza, położyłam się. Po chwili dzwonek do drzwi. Krzyczę do brata, żeby otworzył. Pan kurier. Brat odebrał pakę i nim dotarł z nią do pokoju to już ją otworzył, a zawartość wysypał mi na łóżko.
- Pier*** to. Sama sobie przeglądaj.
Kochane starsze rodzeństwo :)
Dostałam całą górę prezentów, ale najmilsze były życzenia szybkiego powrotu do zdrowia :) Dziewczyny- jeszcze raz wielkie dzięki!
A teraz do dzieła.
Myślę, że po otrzymaniu paczki nie popłakałam się ze wzruszenia tylko dlatego, że po prostu za wiele wcześniej się napłakałam i nie miałam już czym płakać.
Co do mojego stanu zdrowia- gips zdjęli mi w poniedziałek 17 czerwca, ale obojczyk wciąż się zrasta, bo w momencie zdjęcia gipsu było tylko coś, co ortopeda nazwał "kolcami zrostu". Nie wiem, czy to fachowa nazwa. Przy niektórych czynnościach odczuwam ten nieszczęsny obojczyk mniej lub bardziej, chociaż na szczęście jednak coraz mniej ;)
Oparzenia były dosyć spore, więc we Wschodnim Centrum Leczenia Oparzeń (przy okazji pozdrawiam pracowników, jeśli tu zajrzą) początkowo rozważano przeszczep skóry. Dla osoby w moim wieku brzmi to prawie jak tragedia, bo oznacza kolejną bliznę (skóra sama z siebie się nie weźmie, trzeba pobrać np. z uda). Z drugiej jednak strony chirurg miał nadzieję, że uda się tak ponaciągać skórę, że zaszyje się rany, bez przeszczepu. Wobec tego moje pierwsze pytanie po wybudzeniu z narkozy brzmiał: czy był przeszczep? Pielęgniarka powiedziała: nie. Najpiękniejsze "nie" jakie usłyszałam kiedykolwiek w życiu :)
Jestem w domu, w lipcu chcę się bronić. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Dzieje się tak nie dlatego, że jak niektórzy uważają jestem silna (pfff... to nie o mnie), ale przede wszystkim dlatego, że otaczają mnie wspaniali ludzie. Że od samego początku miałam sporo szczęścia, dzięki któremu wyszłam względnie cało spod samochodu, że spotkało mnie wiele ludzkiej życzliwości, dzięki czemu wiedziałam, że nie można się poddać rozpaczy, a walczyć o swoje.
Na początku swoich studiów zakładałam bloga (nie tego), na którym napisałam, że będę studiować prawo, ale nie mam w rodzinie prawników, którzy by mi ewentualnie pomogli. Napisałam wtedy, że moje życie, realizacja moich marzeń jest tylko i wyłącznie w moich rękach i tylko ode mnie zależy, czy uda mi się wydrzeć wszystko czego pragnę z życia. Źle myślałam. Człowiek sam, bez pomocy innych, nie zdziała zbyt wiele. Dlatego jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy po moim wypadku wyciągnęli pomocną dłoń, za każdy ciepły uśmiech i uprzejmy gest. Za Wasze życzenia powrotu do zdrowia, komentarze, trzymanie kciuków w czasie operacji i modlitwę.
Kolega mnie wczoraj zapytał: Jak myślisz, po tym wypadku będziesz chciała jeździć jeszcze na rowerze?
Odpowiedziałam: No pewnie. Po nogach przecież mi nie przejechała. A ja się boję tylko burzy.
Teraz kończę to ckliwe i chyba zbyt pełne patosu pisanie ;)
Następny post nie będzie już takim wywlekaniem własnych przemyśleń, czas tu wrócić z koralikami.
Zacznijmy jednak od początku.
Na fb była organizowana wymianka biżuteryjna. Zgłosiłam się i... jak to zwykle u mnie bywa odkładałam prezencik na sam koniec. Bo a to sprawy w kole naukowym, a to pisanie magisterki itd. Miałam więc ambitny plan, że 14 maja złożę gotową pracę magisterską, a potem do 23 maja (czyli ostatecznego terminu wysyłki) zrobię swój prezencik. Projekt, materiały, wszystko miałam. Nie przewidziałam jednak wypadku :(
Zadzwoniłam do organizatorki, powiedziałam, jaka sytuacja i obiecałam, że jak tylko wrócę do zdrowia, to zaległości nadrobię.
Pewnego dnia rano dzwoni do mnie nieznany numer. Nie zdążyłam dojść do telefonu, ale już pełna paranoja- a co jeśli kierująca samochodem chce się ze mną skontaktować? No nic, puściłam strzałkę, po chwili telefon.
- Dzień dobry, kurier firmy takiej i takiej. Mam dla pani przesyłkę.
Zagowzdka. Przesyłka? Jaka przesyłka. Minęło prawie 3 tygodnie od wypadku, przez które na 100% nic nie zamawiałam. Zwłaszcza kurierem.
- Ale ja nic nie zamawiałam- bąknęłam zbita z tropu.
- Już pani mówię co to jest- słyszę jak grzebie w paczkach.- Frima Artsus.
Ścięło mnie.
No nic, poszłam odnieść książki do biblioteki, wróciłam, mimo upływu 3 tygodni dalej wszystko mnie boli, gips przeszkadza, położyłam się. Po chwili dzwonek do drzwi. Krzyczę do brata, żeby otworzył. Pan kurier. Brat odebrał pakę i nim dotarł z nią do pokoju to już ją otworzył, a zawartość wysypał mi na łóżko.
- Pier*** to. Sama sobie przeglądaj.
Kochane starsze rodzeństwo :)
Dostałam całą górę prezentów, ale najmilsze były życzenia szybkiego powrotu do zdrowia :) Dziewczyny- jeszcze raz wielkie dzięki!
A teraz do dzieła.
Zdjęcie zbiorcze- już po wstępnym wypakowaniu.
Słodkości, które wyjątkowo długo nawet u mnie w domu wytrzymały :D
Broszka od Joasi- Artlantydy
Komplecik od Izy
Kolczyki od Djenki
Kolczyki od Emilii
Bransoletka od Eweliny
Broszka od organizatorki Anety
Kolczyki od Doroty
Charmsowa bransoletka od Ani
Dwie pary maluszków od Ani
Kolczyki od Ewy
Bransoletka od Kasi
Kolczyki od Kasi
Grosik na szczęście_ herbatka i słodkości od Magdy
Zezowaty kotek od Moniki
Sutaszowe maleństwa od Gosi
Bransoletka od Marty
Aniołek oraz wisior od Kornelii
Kolczyki od Dominiki
Kolczyki od Doroty
Kolczyki (i kawałek kartki z życzeniami na fotkę też się załapał) od Moniki
Maleństwa od Karoliny
Kolczyki od Eli
Kolczyki od Mariki
Broszka od Ani
Kolczyki od Ewy
Bransoletka, szczęśliwa kupa oraz słodkości od Agnieszki
Broszka od Izy
Zakładka oraz kamolki od Kasi
Kolejna zakładka, tym razem od Dobrusi
Kartka od Moniki
Serducho-igielnik od Joli
Szkatułeczka oraz mamba truskawkowa :D od Emilii
Pudełeczko od Ani
Serduszko i karteczka od Izy
Co do mojego stanu zdrowia- gips zdjęli mi w poniedziałek 17 czerwca, ale obojczyk wciąż się zrasta, bo w momencie zdjęcia gipsu było tylko coś, co ortopeda nazwał "kolcami zrostu". Nie wiem, czy to fachowa nazwa. Przy niektórych czynnościach odczuwam ten nieszczęsny obojczyk mniej lub bardziej, chociaż na szczęście jednak coraz mniej ;)
Oparzenia były dosyć spore, więc we Wschodnim Centrum Leczenia Oparzeń (przy okazji pozdrawiam pracowników, jeśli tu zajrzą) początkowo rozważano przeszczep skóry. Dla osoby w moim wieku brzmi to prawie jak tragedia, bo oznacza kolejną bliznę (skóra sama z siebie się nie weźmie, trzeba pobrać np. z uda). Z drugiej jednak strony chirurg miał nadzieję, że uda się tak ponaciągać skórę, że zaszyje się rany, bez przeszczepu. Wobec tego moje pierwsze pytanie po wybudzeniu z narkozy brzmiał: czy był przeszczep? Pielęgniarka powiedziała: nie. Najpiękniejsze "nie" jakie usłyszałam kiedykolwiek w życiu :)
Jestem w domu, w lipcu chcę się bronić. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Dzieje się tak nie dlatego, że jak niektórzy uważają jestem silna (pfff... to nie o mnie), ale przede wszystkim dlatego, że otaczają mnie wspaniali ludzie. Że od samego początku miałam sporo szczęścia, dzięki któremu wyszłam względnie cało spod samochodu, że spotkało mnie wiele ludzkiej życzliwości, dzięki czemu wiedziałam, że nie można się poddać rozpaczy, a walczyć o swoje.
Na początku swoich studiów zakładałam bloga (nie tego), na którym napisałam, że będę studiować prawo, ale nie mam w rodzinie prawników, którzy by mi ewentualnie pomogli. Napisałam wtedy, że moje życie, realizacja moich marzeń jest tylko i wyłącznie w moich rękach i tylko ode mnie zależy, czy uda mi się wydrzeć wszystko czego pragnę z życia. Źle myślałam. Człowiek sam, bez pomocy innych, nie zdziała zbyt wiele. Dlatego jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy po moim wypadku wyciągnęli pomocną dłoń, za każdy ciepły uśmiech i uprzejmy gest. Za Wasze życzenia powrotu do zdrowia, komentarze, trzymanie kciuków w czasie operacji i modlitwę.
Kolega mnie wczoraj zapytał: Jak myślisz, po tym wypadku będziesz chciała jeździć jeszcze na rowerze?
Odpowiedziałam: No pewnie. Po nogach przecież mi nie przejechała. A ja się boję tylko burzy.
Teraz kończę to ckliwe i chyba zbyt pełne patosu pisanie ;)
Następny post nie będzie już takim wywlekaniem własnych przemyśleń, czas tu wrócić z koralikami.
sobota, 30 marca 2013
Radosnego Alleluja!
Kochane Przyjaciółki, Kochani Przyjaciele!
Pragnę życzyć Wam radośnie spędzonych Świąt Wielkanocnych,
samych miłych słów, ciepłych uśmiechów
oraz serdecznych uścisków z bliskimi!
niedziela, 18 listopada 2012
Jeszcze raz rower
Oj, dawno tu nic nie pisałam. Ale tak naprawdę ot nie mam ostatnio czasu. Rozpoczęłam praktyki i jak wychodzę z domu o 9-10, to wracam o 20 (bo jeszcze angielski, jeszcze uczelnia i jeszcze 1000 innych drobiazgów), padam na twarz, muszę przygotować rzeczy na następny dzień praktyk i nie mam jak zająć się koralikami. Nie znaczy to, że nie robię zupełnie niczego, bo mam na tapecie wymiankę mikołajkową na wizażu i z oczywistych względów chwilowo efektów pracy nie pokażę.
Poza tym staram się w weekend wygospodarować trochę czasu na rower. Wiem, że już zimno, że dni krótkie, że już mało kto jeździ i z tego powodu do lasu się sama nie wyrwę, bo się boję. Ale ścieżka rowerowa to co innego. Na ten przykład dzisiaj byłam nad Zalewem Zemborzyckim (znowu! już nie lubię tego miejsca) na deser. Poobiednia przejażdżka z herbatą w termosie i kruchymi ciastkami w sakwie i nawet mi przyjemna wyżerka wyszła na miejscu.
Wzięłam ze sobą aparat, ale na miejscu okazało się, że bateria padła, więc muszę zadowolić się tym, co udało mi się cyknąć telefonem, czyli bez rewelacji.
Pozdrawiam Was ciepło i dziękuję, że tu zaglądacie mimo wszystko. I przepraszam, że nie pokazuję Wam niczego nowego :(
Poza tym staram się w weekend wygospodarować trochę czasu na rower. Wiem, że już zimno, że dni krótkie, że już mało kto jeździ i z tego powodu do lasu się sama nie wyrwę, bo się boję. Ale ścieżka rowerowa to co innego. Na ten przykład dzisiaj byłam nad Zalewem Zemborzyckim (znowu! już nie lubię tego miejsca) na deser. Poobiednia przejażdżka z herbatą w termosie i kruchymi ciastkami w sakwie i nawet mi przyjemna wyżerka wyszła na miejscu.
Wzięłam ze sobą aparat, ale na miejscu okazało się, że bateria padła, więc muszę zadowolić się tym, co udało mi się cyknąć telefonem, czyli bez rewelacji.
Zestaw deserowy- kruche ciastka i koniecznie kubek z ciepłą, posłodzoną herbatą (w domu nie piję słodzonej herbaty, ale do termosu zawsze taką robię). W tle nieśmiało prezentuje się mój rower- wstydzi się, że będąc górale z krwi i kości, ma dokręcony bagażnik.
Słońce już zachodziło, ale w rzeczywistości nie było aż tak ciemno. Zdążyłam dojechać do domu bez konieczności zapalania lampek.
Tu siedziałam.
I jeszcze raz zachodzące słoneczko.
Pozdrawiam Was ciepło i dziękuję, że tu zaglądacie mimo wszystko. I przepraszam, że nie pokazuję Wam niczego nowego :(
piątek, 19 października 2012
Kilka fotek z rowerowej wyprawy
Zgodnie z prośbą Marzeny parę fotek z dzisiejszej wycieczki do Starego Lasu, nad Zalew Zemborzycki, potem powrót przez Dąbrowę.
W Starym Lesie jest stary dąb- pomnik przyrody. Stoi na rozwidleniu dróg, przejeżdzałam koło niego ostatnio kilkanaście razy a dzisiaj- jak na złość, skręciłam nie tu, gdzie trzeba, i potem szukałyśmy z Asią drogi powrotnej.
Leśna ścieżka jesienią- usłana liśćmi, pod baldachimami mieniących się złotem gałęzi.
Rezerwat Stasin. Która z Lublinianek wie, że tam jest rezerwat, bo ja się dowiedziałam ostatnio ;)
A tak już wygląda Zalew Zemborzycki jesienią. Oczywiści ktoś, kto przyjeżdża sobie na Dąbrowę lub Marinę samochodem, odpali grilla, pobawi się z dzieciakami na plasu zabaw i nie pofatyguje się dalej, będzie uparcie twierdzić, że Zalew to tylko ta brzydka betonowa zapora i nic więcej.
A tutaj Zalew z drugiej strony, już przy Dąbrowie.
I na koniec ja.
Przed nami jeszcze kilka ciepłych dni- może warto wybrać się gdzieś poza miasto, jak się okazuje- wcale nie musi być tak daleko, żeby było pięknie :)
W Starym Lesie jest stary dąb- pomnik przyrody. Stoi na rozwidleniu dróg, przejeżdzałam koło niego ostatnio kilkanaście razy a dzisiaj- jak na złość, skręciłam nie tu, gdzie trzeba, i potem szukałyśmy z Asią drogi powrotnej.
Leśna ścieżka jesienią- usłana liśćmi, pod baldachimami mieniących się złotem gałęzi.
Rezerwat Stasin. Która z Lublinianek wie, że tam jest rezerwat, bo ja się dowiedziałam ostatnio ;)
A tak już wygląda Zalew Zemborzycki jesienią. Oczywiści ktoś, kto przyjeżdża sobie na Dąbrowę lub Marinę samochodem, odpali grilla, pobawi się z dzieciakami na plasu zabaw i nie pofatyguje się dalej, będzie uparcie twierdzić, że Zalew to tylko ta brzydka betonowa zapora i nic więcej.
A tutaj Zalew z drugiej strony, już przy Dąbrowie.
I na koniec ja.
Przed nami jeszcze kilka ciepłych dni- może warto wybrać się gdzieś poza miasto, jak się okazuje- wcale nie musi być tak daleko, żeby było pięknie :)
środa, 5 września 2012
Rowerowo mi :)
Coś opornie mi idzie realizacja moich koralikowych planów wakacyjnych. Ale cóż się dziwić- pogoda tak piękna, że aż żal siedzieć w domu i dłubać w tej drobnicy. Przyjdzie jeszcze czas, że wieczory będą długie, deszcz będzie dzwonił po oknach, a wiatr wył między drzewami, na razie trzeba cieszyć się słońcem i pogodą :)
Wyjazd był i w zasadzie tyle mogę o nim powiedzieć. Akurat trafiliśmy na tydzień, kiedy było zimno i wietrznie, więc pogoda nie zachęcała do kąpieli. Natomiast na rowerze trochę pojeździłam, chociaż też miałam już chwile zwątpienia, jak w jednym miejscu wyjechaliśmy z lasu na dłuższy, odsłonięty odcinek asfaltówki przecinającej na wpół łąki i zawiał tak mocny wiatr, że niemal zatrzymało mnie i rower w miejscu.
żeby jeszcze skomplikować sprawę, to na wyjazd wzięłam ze sobą tylko jedną parę spodenek kolarskich z wkładką, których nogawki kończą się jeszcze nad kolanami. Myślałam, że przymarznę do tej ramy :D Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, wróciłam nawet bez kataru ;)
Przedostatniego dnia wybraliśmy się na spływ kajakowy po Czarnej Hańczy. Mój brat uparł się, że koniecznie chce płynąć kajakiem jednoosobowym, mimo że ostrzegano go, że są wywrotne. On się nie wywrócił, ale ja za to przez cały spływ sama wiosłowałam w kajaku 2-osobowym, bo pan z wypożyczalni powiedział, że dziewczynie na pewno nie da "jedynki" właśnie ze względu na niestabilność. I po zakończonym spływie przeżyłam chyba najgorszy- jak dotąd- ból w swoim życiu. Bolały mnie mięśnie rąk- do tego stopnia, iż nie wiedziałam, czy je zgiąć, czy wyprostować, czy w ogóle uciąć. Leżałam na wznak na łóżku i kopałam z bólu nogami, zaciskając zęby- to nie było nadciągnięcie mięśni ani też zakwasy, tylko po prostu ogromne zmęczenie. Teraz wiem, jak wiele wysiłku wkładają sportowcy w to, co robią, przy czym mój spływ to był pikuś przy ich treningach.
A potem wróciłam do Lublina i zaczęłam tutaj śmigać na rowerze. Na ten przykład wczoraj miałam przyjemność uczestniczyć w wycieczce do Zawieprzyc, gdzie wieczorem podziwialiśmy zachód Słońca.
Wracając poczułam zapowiedź jesieni- koło Bystrzycy (rzeka) zaciągnęło chłodem, wilgocią, a z dali dotarł zapach ogniska. Pod samym Lublinem wracaliśmy już w kompletnej ciemności- znak, że dni zrobiły się krótkie, a będą jeszcze krótsze. Na pocieszenie można dodać, że ponoć w tym roku mamy się cieszyć piękną polską złotą jesienią. A ja tak lubię jesienne Słońce, które nisko zawieszone nad horyzontem rozświetla złote i czerwone liście drzew. Oby taka aura jak najdłużej się utrzymała, a brzydka, deszczowa pogoda była jedynie krótkim przerywnikiem przed białą zimą.
Pozostając w takich ciepłych barwach pokażę Wam wisior, który uplotłam dzisiaj. Zdjęcie robocze, muszę go przecież jeszcze na czymś zawiesić i wtedy dopiero sięgnę po namiot bezcieniowy i się postaram ;)
Wykonałam go z koralików preciosa, a doczepiłam na dół kwiatuszki i listki w kolorze miodowym, które jednak zabrały mu nieco uroku, zwłaszcza przez to, że są wszystkie w jednym kolorze i zlewają się ze sobą :/
A wracając do poprzedniego posta- kto z Was widział spadającą gwiazdkę i zdążył pomyśleć życzenie, co? :) A ja widziałam ;) Ale szczegółów nie podam, bo jeszcze zapeszę :)
Wyjazd był i w zasadzie tyle mogę o nim powiedzieć. Akurat trafiliśmy na tydzień, kiedy było zimno i wietrznie, więc pogoda nie zachęcała do kąpieli. Natomiast na rowerze trochę pojeździłam, chociaż też miałam już chwile zwątpienia, jak w jednym miejscu wyjechaliśmy z lasu na dłuższy, odsłonięty odcinek asfaltówki przecinającej na wpół łąki i zawiał tak mocny wiatr, że niemal zatrzymało mnie i rower w miejscu.
żeby jeszcze skomplikować sprawę, to na wyjazd wzięłam ze sobą tylko jedną parę spodenek kolarskich z wkładką, których nogawki kończą się jeszcze nad kolanami. Myślałam, że przymarznę do tej ramy :D Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, wróciłam nawet bez kataru ;)
Przedostatniego dnia wybraliśmy się na spływ kajakowy po Czarnej Hańczy. Mój brat uparł się, że koniecznie chce płynąć kajakiem jednoosobowym, mimo że ostrzegano go, że są wywrotne. On się nie wywrócił, ale ja za to przez cały spływ sama wiosłowałam w kajaku 2-osobowym, bo pan z wypożyczalni powiedział, że dziewczynie na pewno nie da "jedynki" właśnie ze względu na niestabilność. I po zakończonym spływie przeżyłam chyba najgorszy- jak dotąd- ból w swoim życiu. Bolały mnie mięśnie rąk- do tego stopnia, iż nie wiedziałam, czy je zgiąć, czy wyprostować, czy w ogóle uciąć. Leżałam na wznak na łóżku i kopałam z bólu nogami, zaciskając zęby- to nie było nadciągnięcie mięśni ani też zakwasy, tylko po prostu ogromne zmęczenie. Teraz wiem, jak wiele wysiłku wkładają sportowcy w to, co robią, przy czym mój spływ to był pikuś przy ich treningach.
A potem wróciłam do Lublina i zaczęłam tutaj śmigać na rowerze. Na ten przykład wczoraj miałam przyjemność uczestniczyć w wycieczce do Zawieprzyc, gdzie wieczorem podziwialiśmy zachód Słońca.
Nawiasem mówiąc to jedno z dosłownie garstki zdjęć, które zrobiłam w te wakacje.
Pozostając w takich ciepłych barwach pokażę Wam wisior, który uplotłam dzisiaj. Zdjęcie robocze, muszę go przecież jeszcze na czymś zawiesić i wtedy dopiero sięgnę po namiot bezcieniowy i się postaram ;)
Wykonałam go z koralików preciosa, a doczepiłam na dół kwiatuszki i listki w kolorze miodowym, które jednak zabrały mu nieco uroku, zwłaszcza przez to, że są wszystkie w jednym kolorze i zlewają się ze sobą :/
Wzór na trójkąt stąd. Zmieniłam kolory i w ostatnim rzędzie jeden koralik dałam po swojemu.
A wracając do poprzedniego posta- kto z Was widział spadającą gwiazdkę i zdążył pomyśleć życzenie, co? :) A ja widziałam ;) Ale szczegółów nie podam, bo jeszcze zapeszę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




